RSS
 

Archiwum - Listopad, 2009

Dawno, dawno temu…

28 lis

Miało być systematycznie i w ogóle. Byłoby, gdyby mi się komputer nie zawiesił przed zapisaniem ostatniego posta… a po zawieszeniu tekst mi zniknął i byłem już na tyle zirytowany całą tą sytuacją, iż piszę dopiero dziś. Ale wracając do tematu… Przed pieczeniem ogarnąłem trochę kuchnię, by można było się w niej jakoś poruszać. Kuchnię mamy małą. Byłem już zmęczony po całym dniu, ale z taką chętką na brownie nie mogłem znów tego przełożyć. Poza tym dziewczyny w pracy już "sugerowały", że czekają na moje wypieki. Tym bardziej chciałem, żeby ciasto się udało. Ale jak tu skupić się na pieczeniu, gdy co chwilę drzwi otwierała mama, by sprawdzić czy jej kuchnia dalej jest kuchnią, a nie jest przypadkiem już pogorzeliskiem? I czy rzeczywiście o północy potrzebne są komentarze dotyczące sprzątania? Raczej służą tylko coraz większej irytacji. A ja nie chciałem znów czegoś pomylić, jak za pierwszym razem. Po pewnym czasie wszyscy domownicy poszli spać, więc mogłem w spokoju skupić się na cieście. Wziąłem do ręki przepis, który dostałem od Quentona, przeczytałem go 2 razy dokładnie i zabrałem się do pracy. Przygotowałem wszystkie potrzebne naczynia i składniki, pamiętając o magicznej barierze 10 zł użyłem tańszych zamienników. Na początku wymieszałem dokładnie mąkę, sodę, cukier i sól. Nastepnie w kąpieli wodnej rozpuściłem margarynę, wymieszałem z wodą i kakao i czekałem, aż się zagotuje. Po 10 minutach nadal niestety się tego nie doczekałem. Jak się okazało, w tłumaczeniu przepisu nie było błędu, tak jak mi się wydawało. Margarynę, kakao i wodę należało więc zagotować na patelni. Tak się dzieje, gdy jajko (ja) chce być mądrzejsze od kury. Dalej postepowałem już według przepisu. Wlałem kakaową margarynę do mieszanki proszków i miksowałem do uzyskania jednolitej konsystencji. W małej misce wymieszałem mleko z octem i odczekałem 5 minut, aż mleko skwaśnieje. W tym czasie można włączyć piekarnik, by się rozrgrzał do 180 stopni oraz wysmarować blachę i wyłożyć ją papierem do pieczenia. Przed wlaniem mleka do reszty trzeba spróbować, czy już skwaśniało. Później znów zmiksować. Dużo się tu miksuje, więc dobrze mieć mikser, a w przypadku jego braku zawsze można się wybrać do sąsiadki by go pożyczyć. Dodałem cukier waniliowy (zamiast sproszkowanej wanilii) i zmiksowałem. Iteraz przedostatni krok – wbiłem pierwsze jajko, sięgnąlem po następne , wbiłem i… zbuk! Co za przykra niespodzianka… Nie dość, iż jajka były ostatnim składnikiem przepisu, to jeszcze w kuchni rozszedł się tak niewyobrażalny smród (określenie go jako brzydki zapach byłoby zbyt dużym przekłamaniem), że od razu pobiegłem wylać wszystko do łazienki. Otwarłem okno w kuchni, by napłynęło trochę świeżego (!) powietrza i usiadłem na krześle wpatrując się w ten nieszczęsny kartonik z jajkami. "Całe szczęście, że jajka wbijałem do szklanki, a nie od razu do ciasta", pomyślałem. Tak, wtedy popadłbym chyba w rozpacz. Tyle przygotowań i na marne… No ale nie rozpamiętywałem już tego aż tak długo, piekarnik dał już o sobie znać. Zmiksowałem więc ciasto z dobrymi jajkami, wylałem masę na blachę (masa była dość rzadka – przez chwilę myślałem, że to przez brak zagotowania masła na patelni, ale już było za późno, by coś zmieniać) i włożyłem ciasto do piekarnika na 30 minut.  "No, najtrudniejsze za mną". Spojrzałem na kuchnię, wyglądała trochę jak pobojowisko, ale przynajmniej niczego nie spaliłem. Posprzątałem część niepotrzebnych już rzeczy i przygotowałem sobie śniadanie do pracy. Akurat tak się złożyło, że czas pieczenia dobiegał już końca, więc sprawdziłem je wykałaczką. Było czyste, więc wyciągnąlem blachę z piekarnika. Gdyby wykałaczka była mokra, ciasto musiałoby jeszcze chwilę się piec. Odstawiłem ciasto na bok, by trochę ostygło i zabrałem się za przygotowanie polewy. W tym celu wziąłem znów margarynę, lecz tym razem rozpuściłem ją jak należało zrobić już za pierwszym razem – na patelni. Po chwili dodałem kakao i mleko i czekałem, aż całość się zagotuje. Gdy po kilku minutach polewa zaczęła bulgotać, wymieszałem ją w misce z cukrem pudrem (którego było chyba jednak trochę zbyt dużo, więc dolałem jeszcze kilka łyżek mleka), zmiksowałem dokładnie i rozprowadziłem po ciepłym (nie gorącym) cieście. Pozostawiłem wszystko na całą noc, bo ciasto można kroić dopiero wtedy, gdy już całkowicie ostygnie.
W końcu udało mi się je upiec i po kolejnej przerwie wpisać kolejnego posta. Oby z kolejnymi nie było takich problemów!

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

„Co w myślach mam, niech już dzieje się”

25 lis

Moją systematyczność na pewien czas trafił szlag. Ale po tygodniu szlag puścił i oto piszę znów. Weekend spędziłem częściowo na urodzinach u Tomka, a częściowo na uczelni w Krakowie. Pogoda była piękna, zachęcała wręcz do długiego spaceru wzdłuż Wisły, na który wybrałem się po południu z Kasią. Po sobotnich zajęciach wstąpiliśmy do fenomenalnej ciastkarni "More Than A Cookie", znajdującej się przy ulicy Sławkowskiej (jedna z uliczek odchodzących od rynku), gdzie na prośbę Achima zrobiłem małe zakupy. Tamtejsze brownies i ciastka są po prostu rewelacyjne! Po drugiej stronie lady stoi przesympatyczny i zawsze uśmiechnięty Amerykanin, który wita nas już przy wejściu do ciastkarni. Sam lokal nie jest duży, mieści zaledwie 4 miejsca siedzące dla klientów, ale ciastka kupuje się przeważnie na wynos, więc w niczym nie przeszkadza mała ilość miejsca. Musiałem się powstrzymywać przed zjedzeniem wszystkich ciastek Achimowi, gdyż mnie również bardzo zasmakowały. Miętowa Magia i Blondie smakują bardzo oryginalnie. Wiem, powtarzam się, ale słowo "bardzo" pasuje tu bardziej niż inne określenia. Po powrocie z Krakowa wiedziałem, jakie będzie moje kolejne ciasto – brownie! W poniedziałek wróciłem jednak dopiero przed 23 i byłem wykończony po treningu, a poza tym nie miałem papieru do pieczenia. Papier kupiłem wczoraj i prawie od razu zabrałem się do pieczenia. Zacząłem robić ciasto dopiero po 23 i generalnie było jeszcze później niż w poniedziałek i byłem zmęczony po wtorkowym treningu, ale nie wytrzymałbym kolejnego dnia zwłoki. Kiedy już się na coś napalę, muszę mieć to teraz zaraz. Z drugiej strony jestem bardzo cierpliwym człowiekiem. Ciekawe :)
Czas na sen, poranne wstawanie od kilku dni staje się dla mnie zbyt dużym wyzwaniem. Pora się w końcu wyspać. Dobranoc :)

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Swawolny Piernik

18 lis

Swawolny Piernik

Składniki:

400g mąki tortowej (1 szklanka =140g)   ~0,50 zł
120g margaryny KASIA                          ~0,80 zł
250 g cukru (1 szklanka =200g)              ~0,6 zł
2 jaja                                                    ~0,70 zł
4 łyżki powideł/dżemu                            ~0,80 zł
3 łyżeczki kakao                                    ~?
1 przyprawa do piernika Gellwe               ~1,80 zł
1 szklanka mleka                                   ~0,4 zł
1 łyżeczka sody                                     ~5 gr.
bakalie                                                  ~1,50 zł
polewa orzechowa Gellwe                        ~1,90 zł

Razem:                                                 ~9 zł

Zmieściłem się w 10 zł. Ledwo, ale jednak. Niektóre koszty trzeba podzielić,
np. przy kupnie 1 kg cukru za 2,60 zł zużyłem 1/4 kg.
Zamiast polewy orzechowej można użyć cukru pudru – wtedy koszta ciasta
będą oscylowały już około 7 zł (ale z polewą ciasto jest smaczniejsze).

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Przypowieść o Pierniku Swawolnym

18 lis

Co można zauważyć, nie znalazłem poprzednio tego kabelka. Dzisiaj jednak problem ten nie będzie już mnie dręczyć, gdyż udało mi się przekopiować fotkę na komputer. Chciałem zostawić wpis już wczoraj wieczorem, ale po pracy czułem się taki zmęczony, że padłem na łóżko i obudziłem się dopiero jakieś pół godziny temu… dlatego piszę teraz – żeby rozwiać wątpliwości – nie mam w zwyczaju wstawać przed 4. Ani przed 5, ani przed 6. Przed 7 niestety tak, bo muszę do pracy, ale gdybym mógł, wstawałbym pewnie około 8-9 – takie szaleństwo! :)
Umówiłem się ostatnio z Rafałem, że w wolnej chwili wpadnę do niego na pieczenie ciasta – on swoje, ja swoje. W tym celu udaliśmy się dzień wcześniej na zakupy, by już wszystko było gotowe i już się niepotrzebnie nie rozpraszać brakującymi składnikami. Założyłem sobie, że składniki mają mnie wynieść nie więcej niż 10 zł, jako że jest to kuchnia studencka, powinna być tania. W związku z tym zakupy trwały dość długo, gdyż w wielu przypadkach musiałem decydować pomiędzy ceną, a jakością produktu.
Jako moje pierwsze (od dawien dawna) ciasto postanowiłem upiec piernik. Wsypałem do dużego pojemnika mąkę, cukier i sodę… po czym z niemałym zażenowaniem stwierdziłem, że nic dziwnego, iż słyszę od wszystkich: "TY założyłeś bloga kulinarnego?!". Cukier trzeba było oczywiście zmiksować z jajkami. Wybrałem łyżeczką większość sody (na szczęście nie zacząłem jeszcze mieszać) i taki mix mąki z cukrem spakowałem do woreczka. Może przyda się na inne ciasto. Przepis na takie ciasto poszukiwany!
Podejście drugie – najpierw czytam przepis, później działam. To brzmiało jak dobry plan. Pół kostki margaryny pokroiłem na mniejsze kostki i w kąpieli wodnej je pozpuściłem. Dla laików – gdy gotujesz wodę w garnku, przykrywasz go miską, która podgrzewana jest parą wodną i tak to podobno działa. Margaryna rozpuszczona, odstawiam ją więc na bok, by ostygła. Ubijam 2 jajka i miksuję je z 250g cukru (szklanka – 200 g cukru) do momentu, gdy już prawie cały cukier się rozpuści. Po dodaniu każdego kolejnego składnika miksuję całość. Dodaję szklankę mleka, 3 łyżeczki kakao, mąkę wymieszaną z sodą. Tutaj mała dygresja. Mąkę mieszamy z sodą wcześniej. Dokładnie. Jeśli zrobisz tak jak ja, piernik wyrośnie jak chce, czyli krzywo. Rzecz w tym, że chcemy, by wyrósł on tak jak my chcemy. Przed zmieszaniem z resztą dodajemy więc do 400g mąki (szklanka – 140 g mąki) i łyżeczkę sody oczyszczonej i mieszamy je dokładnie przed dodaniem do reszty. Miksujemy, dodajemy opakowanie przyprawy do piernika (bez której się on nie obejdzie – 1 opakowanie na 400g mąki). Po tym wszystkim dodajemy powidła/dżem – wedle uznania. 4 solidne łyżki powinny wystarczyć, by nadać piernikowi nutkę smaku (ja wybrałem dżem wiśniowy). Miksujemy do uzyskania jednolitej konsystencji. Można też mieszać, jeśli ktoś nie ma miksera. Na sam koniec dodajemy oprószone przez nas w mące bakalie. Jeśli dodajemy również orzechy, trzeba je wcześniej drobno posiekać. Gdy moja mama piekła kiedyś piernka, dodała do niego też wiśnie. Piernik wyszedł jej wtedy wybornie, ale koleżanka prawie połamała sobie zęba na jednej niewydrylowanej wisience. Dodając jakiekolwiek owoce PAMIĘTAJ o wcześniejszym usunięciu pestek, jeśli nie chcesz wydawać majątku u dentysty. Gotowe ciasto wylać do przygotowanej formy (najpierw smarujemy ją margaryną, później wykładamy ja papierem do pieczenia i na końcu wlewamy ciasto). Ciast piecze się godzinę w piekarniku rozgrzanym do 180 stopni. Po wystudzeniu ciasta polałem je polewą czekoladową. Przygotowanie polewy jest bardzo proste. Przynajmniej tej już gotowej. Włożyłem opakowanie polewy orzechowej do gorącej, ale nie gotującej się wody na 10 minut (można 5, ale wtedy jest jeszcze słabo rozpuszczona), otwarłem ją o polałem ciastem. Zwróć uwagę na formę do ciasta, którą wybierasz na piernik. Żeby piernik przypominał wyglądem piernik, foremka powinna być podłużna. Ja wziąłem kwadratową, przez co ciasto było niskie i musiałem kombinować, by polewa zakryła całą górę. Na szczęście smak ciasta nie zależy od jego formy. Kilku moich znajomych nie chciało uwierzyć, że ciasto robiłem sam, więc musiało wyjść bardzo smaczne. Mnie oczywiście też smakowało, ale chyba własnych ciast nie można oceniać z dystansem…
Jak się w tej chwili okazało, fotki ładowane są z serwera, na który trzeba najpierw je wrzucić, na co nie mam teraz już czasu, bo do pracy trzeba gnać :)

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

„Nie lubię gadać, wolę Cię zjadać, potem ze smakiem swe usta oblizać..”

17 lis

Zdawałem sobie sprawę, że z moją systematycznością nie jest najlepiej, ale nie miałem pojęcia, że aż tak trudno przyjdzie mi zebranie się do wspisania kolejnego postu. Pół soboty i cały wczorajszy dzień powtarzałem sobie "Nie teraz". A gdy już późnym wieczorem (lub wczesną nocą) usiadłem do bloga, okazało się, że nie mam kabelka do aparatu, by zgrać zdjęcie zrobionego przeze mnie ciasta i uznałem, że nie mogę tak zamieścić tego przepisu, Kabelek do tej pory się nie odnalazł, ale mam nadzieję, że przed końcem tego postu weźme się w garść i się znajdzie.
W zeszłym tygodniu (w ramach przegranego zakładu) zobowiązałem się do zrobienia sernika. Przez brak czasu zdecydowałem się na gotowy sernik na zimno z pudełka. Sama masa robi się dość szybko, jednak trzeba odczekać kilka godzin zanim galaretka będzie się nadawać do wylania na ciasto, gdyż tężeje bardzo długo (Gellwe). Samo ciasto podobno było smaczne, ale według mnie miało dość sztuczny smak.
Dlatego postanowiłem zacząć piec prawdziwe ciasta, a przez "prawdziwe" mam na myśli ciasta, które od początku do końca robię sam i bez żadnych sztucznych gotowych składników. Kiedyś upiekłem 2 prawdziwe ciasta, z czego jedno było migdałowe (które jeszcze upiekę) a drugie okazało się zakalcem i tego raczej już nie upiekę. Zakalce robią się same, nie trzeba się specjalnie o nie starać.

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Witaj! Miło, że zajrzałeś.

14 lis

Nazywam się Paweł. Mam 23 lata i jestem studentem germanistyki.
Bloga założyłem w celu wyrobienia w sobie obcego mi wcześniej pojęcia systematyczności. Zawsze miałem z tym problemy w szkole, w pracy i w domu. Chcąc powstrzymać w sobie myśli "Niee, nie chce mi się" lub "Może jutro się za to zabiorę" zakładam tego oto bloga, związanego poniekąd z moimi zainteresowaniami. Dlaczego blog? Blog, jako dziennik czy pamiętnik internetowy w swojej formie wymaga jakiejś regularności aktualizowania. Jest to dla mnie chyba najbardziej odpowiednia forma pisania. Nie wiem czy da się pisać bloga o siatkówce, czy o grach komputerowych, może się da, ale nie o tym będę pisać. Chcę sobie udowodnić, że takie kuchenne Cielę, jak ja nauczy się gotować, piec itp. Pomyślałem "Umiem już zmywać, dlaczego więc nie nauczyć się też gotować?". I dlaczego zawsze mam zmywać po innych, skoro to inni mogą zmywać po mnie? Bardzo lubię jeść, a od czasu, gdy ze swojego menu wykluczyłem mięso (nie licząc ryb, które jeszcze jem), zacząłem zwracać większą uwagę na to, co jem. W myśl myśli "Jesteś tym, co jesz" chcę być lepszym człowiekiem, jedząc lepsze potrawy :) Mój blog będzie zatem o jedzeniu, co już zostało ustalone. Zgodnie z zasadą SMART, mój cel musi być określony 5 cechami – Specific (Dokładny), Measurale (Mierzalny), Achievable (Osiągalny), Realistic (Realny), Time oriented (Zorientowany w czasie). Mój cel jest: dokładny, bo wiem, co chcę osiągnąć; mierzalny, co da się sprawdzić dzięki degustacjii rodziny i znajomych; osiągalny, nie jest to przecież jakiś arcytrudny sport ekstremalny; realny – inni faceci też potrafią gotować, więc i ja też mogę się tego nauczyć. Trzeba jeszcze określić się w czasie, w jakim spełnię założenie, iż nauczę się gotować, by cel był terminowy. Trudno mi jednak określić się konkretnie, kiedy spełnię zamierzony cel. Człowiek uczy się też podobno całe życie. Zamiast więc dokładnego określania się w czasie będę co weekend umieszczać nowy przepis na ciasto, a 2 razy na tydzień inne przepisy kulinarne.

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS
  • Twitter
  • Facebook